Wsparcie młodzieży z domów dziecka w ich trudnym starcie w dorosłość to cel, który w I edycji „Skoku do Życia” połączył licytujących. Niektórzy planowali ten krok z rocznym wyprzedzeniem, inni działali pod wpływem impulsu, a jeszcze inni licytowali po raz setny, by podbić stawkę dla fundacji. Choć każdy z nich szukał innych emocji, wszyscy wrócili z tym samym wnioskiem: wylicytowane marzenia smakują najlepiej wtedy, gdy przy okazji dają komuś szansę na lepszy start.
W pierwszej części naszych rozmów przybliżyliśmy sylwetki osób, które wylicytowały materialne pamiątki związane ze skokami narciarskimi. W tym artykule przedstawiamy rozmowy z ludźmi, którzy udowodnili, że w pomaganiu nie ma ryzyka – jest tylko satysfakcja i świadomość, że dobro zawsze wraca.

Na co dzień zajmuje się ubezpieczeniami na życie i zdrowie, więc doskonale wie, jak nieprzewidywalny bywa los. Pani Martyna Szwedek postawiła rok wcześniej wylicytowała nie jeden, a dwa dni w strefie pod Wielką Krokwią. Dlaczego zdecydowała się na tak odważny ruch, nie znając nawet prognozy pogody? Poznajcie historię licytatorki, która grała „odważniej”, bo wiedziała, że wygrana trafi w najważniejsze ręce.
Licytacja biletów z rocznym wyprzedzeniem to spore ryzyko – nie znała Pani pogody, nie wiedziała, co będzie robić za 12 miesięcy. Co było tym pierwszym impulsem do licytacji? Czy od początku polowała Pani na bilety VIP, czy to była spontaniczna decyzja pod wpływem chwili i chęci pomocy?
M. Sz.: Impulsem nie była chęć bycia na wydarzeniu, ale możliwość pomocy. Ryzyko związane z zakupem biletów z rocznym wyprzedzeniem nie miało dla mnie znaczenia – najważniejsze było wsparcie dzieci. O akcji dowiedzieliśmy się podczas ubiegłorocznych skoków w Zakopanem i naturalnym krokiem było to, że również się zaangażowaliśmy. To nie była decyzja pod wpływem chwili, tylko coś zupełnie oczywistego.

Jakie to uczucie wygrać aukcję, wiedząc, że pieniądze trafiają na ważny cel? Czy ta świadomość pomocy sprawia, że licytuje się „odważniej”?
To ogromnie pozytywne uczucie. Świadomość, że pieniądze trafiają na realną pomoc, sprawia, że licytuje się odważniej. Wzięłam udział w dwóch aukcjach nie dlatego, żeby być dwa dni na skokach, ale po to, by zwiększyć szansę pomocy – udało się wygrać obie, a dzięki temu pomogliśmy jeszcze więcej.
Rok czekania na nagrodę to sporo czasu. Czy przez te miesiące Zakopane było wpisane w kalendarz jako „to najważniejsze wydarzenie”? Jakie emocje towarzyszyły Pani, gdy termin zawodów zaczął się w końcu przybliżać?
Zakopane było wpisane w kalendarz od początku, oczywiście z dużym wyczekiwaniem. Z czasem emocje tylko rosły, zwłaszcza gdy termin zawodów zaczął się zbliżać. Dziś wiem też, że to na pewno nie będzie nasza ostatnia taka inicjatywa.

Już za chwilę poczujecie atmosferę Wielkiej Krokwi z perspektywy strefy VIP. Czego najbardziej nie możecie się doczekać? Czy fakt, że bilet na ten wymarzony weekend został zdobyty poprzez wsparcie charytatywne, zmienia Pani podejście do tego wyjazdu?
Atmosfery Wielkiej Krokwi i możliwości zobaczenia Kamila Stocha po raz ostatni w Zakopanem. To ogromny bonus, którego nie braliśmy pod uwagę podczas licytacji. Dla mojego męża Huberta, wielkiego fana skoków, ten moment ma szczególne znaczenie. Fakt, że bilety zostały zdobyte poprzez akcję charytatywną, sprawia, że ten wyjazd ma dla nas jeszcze większą wartość.
Martyna Szwedek – zwyciężczyni biletów na zawody Pucharu Świata w Zakopanem
Warto pomagać, bo dobro wraca. Nie trzeba być milionerem ani działać na wielką skalę – liczą się regularne, nawet drobne gesty wobec tych, którzy naprawdę tego potrzebują.
Gdyby miała Pani zachęcić innych do wsparcia tegorocznej edycji (tym razem dla Fundacji UKOCHANI) co by im Pani powiedziała?
Powiedziałabym po prostu: warto pomagać, bo dobro wraca. Nie trzeba być milionerem ani działać na wielką skalę – liczą się regularne, nawet drobne gesty wobec tych, którzy naprawdę tego potrzebują. Sama na co dzień pracuję w branży ubezpieczeń na życie i zdrowie, więc wiem, jak kruche i bezcenne potrafią być te wartości. Tym bardziej ważne jest dla mnie, że mogę pomagać także tym, którzy nie mają możliwości takiego zabezpieczenia.

Choć na co dzień porusza się w świecie wysokich technologii i inwestycji, Pan Krystian Stypuła przyznaje, że to właśnie audycje Marka Niedźwieckiego budują playlistę jego życia. Wykorzystał okazję, by wesprzeć „Skok do Życia” i przy okazji zajrzeć za kulisy miejsca, które dla wielu fanów dobrego brzmienia jest niemal mityczne. Czy rzeczywistość Radia 357 różni się od wyobrażeń słuchacza? Pan Krystian opowiada nam o radiowych rytuałach i o tym, że najlepsze spotkania to te, które przy okazji pomagają innym.
Co sprawiło, że zdecydował się Pan na licytację właśnie tego spotkania? Czy Radio 357 i postać Marka Niedźwieckiego mają dla Pana szczególne znaczenie?
K. S.: Na aukcję trafiłem trochę przypadkowo, ale od razu wiedziałem, że chcę powalczyć o wygraną. Jestem patronem i słuchaczem Radia 357, traktuję je jako wyjątkowe medium, które – przejmując tradycje PR3 – ma swój niepowtarzalny styl i jakość. A Pan Marek… Jest gościem w naszym domu trzy razy w tygodniu (w trakcie swoich audycji), a ogromna wiedza Niedźwiedzia jest dla mnie inspiracją do samodzielnych poszukiwań muzycznych. Nie tak dawno zdałem sobie sprawę, że 80% utworów, które wrzucam na swoją playlistę, ma bardzo bliski związek z tym, co usłyszę u Niego, w podcastach i innych audycjach 357. To chyba najlepszy dowód na znaczenie Pana Marka i 357 w moim „muzycznym” życiu.
Ze spotkania wyszliśmy z podpisanymi książkami i zdjęciami, które stanowią świetne wspomnienie.
Kawa z legendarnym dziennikarzem w kultowym radiu – jak wyglądało to spotkanie „od kuchni”? Czy jakaś anegdota lub moment tej rozmowy szczególnie zapadły Panu w pamięć?
Zacznijmy od tego, że to w ogóle nie była kawa! 🙂 Poprosiłem o herbatę (kofeina w takich dawkach jest zabójcza dla mojego snu). Byliśmy tam z Żoną, która może nie czuje tak osobistej relacji z miejscem i ludźmi, których odwiedzaliśmy, ale zauważyłem, że i na Niej wywarło to spore wrażenie. W końcu – zobaczyć Głos, który się słyszy tak często, jest jednak dość oryginalnym przeżyciem. Porozmawialiśmy o wyborach muzycznych, o miejscach, skąd pochodzimy i gdzie mieszkamy, znaleźliśmy kilka wspólnych lokalizacji, które znamy i wspominamy. Widzieliśmy, jak „tworzy się” radio, jak przebiega audycja i co dzieje się „gdy gra muzyka”. Najciekawszy był gest Pana Marka do realizatora, oznaczający koniec zapowiedzi. To chyba najmniej radiowy (bo niezauważalny dla słuchaczy), ale jakże ważny rytuał. Widzieliśmy to i zachowujemy jako najbardziej oryginalne wspomnienie tej wizyty.
Mieliśmy także okazję poznać Pana Adama Szuraja (realizator, o jakże radiowym głosie – czasem na antenie za Pana Marka) i Helen (producentka) – której na początku nie poznałem! (nic dziwnego – HW chyba nie lubi być „na widoku”).
Alchemia produkcji audycji radiowej, przygotowania wszystkiego do emisji – kto nigdy nie widział, nie zrozumie.

Zwiedzanie Radia 357 to dla wielu fanów marzenie. Jakie wrażenie zrobiły na Panu to miejsce i atmosfera, która tam panuje?
Byliśmy w siedzibie w sobotę, dlatego nie był to czas pracy wielu osób. Zaskoczyła nas kompaktowość Radia, to nie są tysiące m2 powierzchni i dziesiątki ludzi pracujących nad „utrzymaniem ruchu”. Dwa studia, open space do pracy, część socjalna i… można robić radio. Oczywiście to tylko bezduszna logistyka i mury, charakteru i jakości nie da się osiągnąć bez ludzi i tego, co wnoszą do Radia jako instytucji.
Radio 357 jest wyjątkowe także ze względu na interakcję ze słuchaczami – patronami. Zaangażowana społeczność, która „karmi” radio swoimi pomysłami i oczekiwaniami oraz Radio, które tego „paliwa” potrzebuje do ciągłego doskonalenia swojego programu. Technicznie radio zawsze będzie jednokierunkowe, ale słuchacze w 357 to nie tylko „słuchający”, ale także „słuchani”.
Krystian Stypuła – przedsiębiorca, zwycięzca aukcji Radia 357
Uczestnictwo w aukcji było połączeniem dwóch pozytywnych rzeczy: realizacji moich marzeń i wsparcia realizacji marzeń podopiecznych akcji.
Akcja „Skok do Życia” wspiera młodzież z domów dziecka w starcie w dorosłość. Czy świadomość celu, na jaki trafią wylicytowane środki, była dodatkową motywacją do licytowania?
Uczestnictwo w Państwa aukcji było połączeniem dwóch pozytywnych rzeczy: realizacji moich marzeń i wsparcia realizacji marzeń Państwa podopiecznych. To na pewno motywuje do wzięcia udziału i do odważniejszego podbijania ceny. Cieszę się, że wygrywając, mogłem pomóc ludziom, którzy tego potrzebują.
Gdyby miał Pan zachęcić innych do wsparcia kolejnej edycji „Skoku do Życia”, co by Pan im powiedział?
Nie wahajcie się – macie autentyczną okazję realizacji swoich marzeń i pomocy tym, którzy na starcie swojego samodzielnego życia potrzebują wsparcia. Świetny układ, nieprawdaż? 😊

O licytacjach charytatywnych wie niemal wszystko. Przeżył ich ponad 120 – od wizyt w studiach telewizyjnych, po kolacje z gwiazdami i premiery teatralne. Tym razem jego droga skrzyżowała się z grupą Mumio w ramach akcji „Skok do Życia”. Choć po tylu latach do pomagania podchodzi z dużym dystansem i doświadczeniem, wciąż potrafi docenić magię spotkania, które pozwala oderwać się od rzeczywistości. Poznajcie historię Sebastiana Rzadkowskiego, dla którego wspieranie fundacji to nie tylko kolekcjonowanie wspomnień, ale przede wszystkim życiowa misja dzielenia się z innymi.
Spotkanie z Mumio to zawsze duża dawka nieszablonowego humoru. Co Pana najbardziej ciekawiło w tym spotkaniu – sama rozmowa z artystami czy może chęć podejrzenia, jak ich pomysły powstają od kulis?
S. Rz.: Wcześniej nie miałem okazji spotkać się z Mumio osobiście, więc kiedy nadarzyła się ku temu szansa, od razu z niej skorzystałem. Chciałem zobaczyć, jak to wszystko wygląda „od kuchni”, zanim jeszcze pojawi się publiczność. Choć miałem już wcześniej okazję podglądać kulisy pracy w innych miejscach, byłem bardzo ciekawy, jak robi to właśnie ekipa Mumio.
Dzień z Mumio to doświadczenie, którego nie znajdziemy w żadnym oficjalnym programie występów. Jakie to uczucie wejść do świata artystów, który na co dzień jest zamknięty dla widzów?
To przede wszystkim świetna przygoda i możliwość oderwania się od rzeczywistości. Dzień z Mumio daje zupełnie inne doznania, choć to specyficzna forma – myślę, że nie każdemu musi się spodobać. Można zobaczyć, jak artyści przygotowują się do spektaklu i jak zachowują się w czasie wolnym. Z mojego doświadczenia wiem, że wiele zależy od nastawienia obu stron. Z Mumio czułem się jednak bardzo dobrze; byli otwarci, chcieli mnie poznać, a na zakończenie usłyszałem miłe podziękowania. To było wartościowe przeżycie.
Czy to była Pana pierwsza tego typu licytacja, czy może kolekcjonowanie takich wyjątkowych chwil i emocji to już Pana stały sposób na wspieranie ważnych celów?
Mam na koncie około 120 licytacji: wspólne obiady, spektakle, wizyty na planach zdjęciowych (jak Panorama czy Pytanie na Śniadanie) czy premiery teatralne. Kiedyś traktowałem to jako stały sposób na wspieranie fundacji i kolekcjonowanie wspomnień. Dziś pomagam już nieco inaczej – głównie przez SMS-y czy zrzutki. Rzadziej biorę udział w licytacjach dla samych spotkań, bo bywałem z nich czasem niezadowolony. Nadal jednak zdarza mi się licytować po to, by „podbić” cenę końcową – robię to, żeby fundacje mogły zebrać jak najwięcej środków. Jeśli przy okazji uda się coś wygrać, to świetnie, ale nie jest to już mój główny priorytet.

Akcja „Skok do Życia” skupia się na wsparciu młodych ludzi w starcie w dorosłość. Czy fakt, że za tak nieszablonowym spotkaniem stoi pomoc dla podopiecznych fundacji, był dla Pana istotny przy podejmowaniu decyzji?
Dla mnie nie ma znaczenia, komu konkretnie pomagam – liczy się sam fakt wsparcia. Uważam, że każdy, kto jest w potrzebie, zasługuje na pomoc. Staram się pomagać też na co dzień, zupełnie prywatnie, na przykład kupując żywność starszym osobom, które widzę w kolejkach przy sklepowej kasie. Pomaganie po prostu sprawia mi satysfakcję.
Sebastian Rzadkowski – zwycięzca zakulisowego dnia z Mumio
Wychodzę z założenia, że skoro stać mnie na chleb i moja rodzina nie narzeka na standard życia, to powinienem dzielić się z innymi.
Gdyby miał Pan zachęcić innych do wsparcia tegorocznej edycji „Skoku do Życia”, co by Pan im powiedział? Dlaczego warto angażować się w takie projekty?
Krótko mówiąc: warto pomagać. Wychodzę z założenia, że skoro stać mnie na chleb i moja rodzina nie narzeka na standard życia, to powinienem dzielić się z innymi. Każdemu polecam spróbować licytacji – można się „zarazić” pomaganiem albo uznać, że to nie dla nas, ale na pewno jest to wielka przygoda i świadomość, że zrobiło się coś dobrego. Nie trzeba od razu licytować tak dużo jak ja; wystarczy wybrać jedną akcję i przeżyć przygodę życia. A jeśli budżet na to nie pozwala, zawsze jest opcja przekazania 1,5% podatku przy rozliczaniu PIT-u. Każdy gest ma znaczenie.